-- Padał deszcz.
-- Baronowa Schlochen nie myśląc zgoła wiele
-- Dlaczego?
-- Przecież już dawno ustaliliśmy, że był to jej permanentny stan.
-- Ale dlaczego zgoła?
-- Jak to dlaczego? Bo była zgoła, jak święty turecki, proszę
księdza.
-- A, to co innego, tak, turecki.
-- No a więc zgoła nie myśląc wiele zapragnęła zagrać w ruletkę.
-- W grę wchodziły domy hazardu w Londynie, Paryżu i w Monachium.
-- Wybrała więc Monte Carlo.
-- Taka była.
-- W związku z nowym postanowieniem solidniej, niż zwykle wychłostała
służbę, która będzie dochodziła do zdrowia, panowie, przez cały czas
trwania naszej opowieści.
-- Służba musi mieć stale zajęcie. Inaczej szybko się bisurmani.
-- Dobra. Jako towarzysza podróży baronowa Schlochen upatrzyła sobie
osiemdziesięciodwuletniego rotmistrza Arnolda von Schtuttkenronz,
który, niestety, skonał już w drodze na dworzec.
-- No tak, skonał, gdy uświadomił sobie, że nie ma w paszporcie
aktualnego dagerotypu.
-- A potem wyjaśniło się, że wziął przez pomyłkę paszport ośmioletniego
pasierba swej ostatniej kochanki, Róży Girland-Papierniczak.
-- Skoro skonał, to nie ma o czym mówić. Przepraszam, o kim.
-- Tak. No więc baronowa odbyła podróż samotnie i zatrzymała się w
hotelu Excelsior, biorąc sobie na przelotnego kochanka boya hotelowego
o nazwisku Klapzich.
-- Zetknęła się z nim po raz pierwszy w drzwiach Excelsiora, natomiast
po raz ostatni w windzie na czwartym piętrze.
-- Klapzich, który notabene liczył sobie siedemdziesiąt trzy wiosny,
nie wytrzymał naporu uczucia ze strony baronowej i przydusił się kratą
eleganckiego liftu marki Singer.
-- Wszak był to tylko przelotny romans.
-- Po tych zawodach uczuciowych baronowa udała się do kasyna o nazwie
Rondo, aby podnieść swe morale.
-- Jej entrée wywołało spore poruszenie.
-- No, nic dziwnego, skoro miała na sobie suknię coutier własnego
projektu, której głównym elementem ozdobnym był przyczepiony do ogona
półżywy paw.
-- Oczywiście biedne ptaszysko dokonało żywota, kiedy nań siadła.
-- Trochę pojękiwał, ale nie to jest ważne. Naprzeciwko niej, po
drugiej stronie stołu do gry siedział Iwan Iwanow, znany we wszystkich
kasynach świata jako dusza hazardu.
-- Gdy tylko ujrzał Schlochenową, wbił w nią swój wzrok.
-- Ona zaś, naturalnie, zaczęła wygrywać, i to bardzo prostym sposobem:
raz stawiała na zielone, raz na czarne.
-- No tak. Przed baronową zaczęła rosnąć góra pieniędzy, a za nią
liczba obserwatorów, którzy nie mogąc wyjść z podziwu okrzykami witali
każdą kolejną wygraną.
-- Schlochenowa zaczęła upychać pieniądze po kieszeniach, w fałdach
sukni, za stanikiem, nawet udało jej się wcisnąć pokaźną sumę w
pawia.
-- Coś ją jednak zaczęło niepokoić. Był to wzrok Iwana -- duszy
hazardu.
-- Jego oczy stawały się raz zielone, raz czarne, w zależności od
koloru, na który stawiała baronowa
-- Która pijana szczęściem zamówiła szampana dla wszystkich. Śmiała się
głośno, żartowała, zagadywała krupiera, rozsyłała buziaki starszym
panom, przytaczała bawarskie anegdoty i paliła cygara.
-- Co chwilę jednak zerkała w stronę Iwanowa, bowiem wydawało jej się,
że zbladł mocno i stawał się coraz mizerniejszy, wręcz niknął lub
raczej kurczył się i malał, jak przedziurawiony balonik.
-- Kiedy w końcu dzieliło ją od rozbicia banku kilka monet, zauważyła,
że miejsce Iwana było puste.
-- Iwana Iwanowa.
-- Od tego momentu zaczęła przegrywać. Stopniowo zgrała się do suchej
nitki.
-- Zaczęła zastawiać, co miała cenniejszego: papiery wartościowe i
biżuterię.
-- Straciła wszystko. Zastawiła więc pawia. który nie miał o tym
zielonego pojęcia. Kiedy jednak stwierdziła, że zastawi swoją suknię i
zaczęła się rozbierać, odmówiono stanowczo i wyprowadzono ją z
kasyna.
-- Próbowała jeszcze szczęścia w ruletce, ale nigdy już nie wygrała
grosza. Iwan Iwanow opuścił ją na zawsze.
-- Jedno mnie w tym wszystkim, proszę księdza, ciekawi ponad
wszystko.
-- Co takiego?
-- No co takiego?
-- Jak miał na imię Klapzich, no?
-- A deszcz padał i padał